PZK
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
facebook google+ KONTAKT SZUKAJ
SP7PKI

FORUM KRÓTKOFALARSKIE SP7PKI
NOWE POSTY | NOWE TEMATY | POPULARNE
PZK RadioReaktywacja SP9JPA Emisje Cyfrowe

Zachęcamy wszystkich do współtworzenia portalu. Wszelkie informacje, wydarzenia, nowinki techniczne przesyłajcie drogą mail-ową info@pzk.info.pl lub umieszczajcie w formie news-a.

Nawigacja

odc. 63. Arabskie potyczki

Ojciec wielokrotnie nawiązywał łączności z ekspedycjami, ale nigdy nie brał udziału w żadnej z nich. Bo mi się nie chce – mawiał. Niedawno dostał ciekawą propozycję, miał wziąć udział w ekspedycji na Jabal Al Tair – na wyspę na Morzu Czerwonym, pomiędzy Jemenem a Erytreą. Pomysł był bardzo ciekawy i ojciec się tym zainteresował. Warunki miały być bardzo trudne, gdyż na samej wyspie praktycznie nie ma infrastruktury, klimat bardzo upalny, nawet zimą. Samo pozyskanie pozwolenia było prawdziwym wyzwaniem. Jemen nie wydaje licencji amatorskich. Udało się załatwić pozwolenie na pracę ekspedycji przez kilka dni. Ojciec był zadowolony i zgłosił się do organizatorów. Tu zaczęły się schody. Ojciec kiedyś pojechał do Izraela, a to wyklucza możliwość wyjazdu do Jemenu. Wbite w paszport wejście do USA na dłuższy pobyt również mogło wydać się podejrzane. Na szczęście na granicy izraelskiej nie wbili mu pieczątki do paszportu i jakoś tę wizę mógł uzyskać. Podobno niezbędny był jeszcze jakiś bakszysz jak to w krajach arabskich przyjęte.
Przygotowania ruszyły pełną parą. Ojciec upolował na giełdzie FT817 i jakiś wzmacniacz, baterię słoneczną oraz zwijane anteny. Najpierw radio miał pakować do bagażu rejestrowanego, ale w końcu zdecydował się wziąć na pokład. Oczywiście wziął ze sobą potwierdzoną kopię obu licencji (amerykańskiej i polskiej), zapakowane osobno. Oczywiście przygotował pozwolenie na wwóz sprzętu i dokumenty ekspedycji. Oczywiście spodziewał się problemów – i tu się nie pomylił. Samolot do Amsterdamu nie wyleciał o czasie i całe połączenie się rozsypało. Na lotnisku spędził cały dzień, w końcu wyleciał i po kilku przesiadkach doleciał zmęczony na miejsce.
Bagaż się gdzieś zgubił. Gdy komuś udało się w końcu znaleźć walizkę, to nie zawierała w środku niczego poza ubraniami... Na szczęście tam był tylko zasilacz i zwijana antena, bo wzmacniacz i zapasowy zasilacz pojechał w innej walizce, która o dziwo dotarła bez przeszkód. To samo bateria słoneczna.
To nie był koniec problemów. Kością niezgody między celnikiem a ekipą okazał się transceiver. Pokazywanie urzędowych dokumentów nic nie pomagało, celnik chciał jakiś absurdalnych opłat. Ojciec nie miał doświadczenia z takimi zdarzeniami. Nagle powiedział do swojego kolegi – a czego oni, kur..., chcą od nas?
Na to celnik: kur... dobra, kur... rozumieć, drobne potrzebować, Bolandia very good!
No tak. Bakszysz rozwiązał przynajmniej ten problem.
Tuż przed wypłynięciem na wyspę ojciec wyszedł na krótki spacer i wśród różnego złomu znalazł stary, gruby zwój kabla komputerowego. Kupił go za czterysta riali, zapakował i zabrał ze sobą, tak na wszelki wypadek. Właśnie ta decyzja uratowała całą ekspedycję, ale nie uprzedzajmy faktów.
Ekipa miała mieszkać w namiocie niedaleko starej latarni morskiej, kupili jedynie wodę pitną, prymitywny kocher benzynowy i paliwo do generatora. Bo prąd też mieli mieć swój. Dobrze, że zamówili i przywieźli konserwy, było z czego upitrasić jedzenie. Zresztą oni tam pojechali nadawać, a nie odpoczywać.
Po rozpakowaniu ekspedycji okazało się, że chcą nadawać, ale nie mają z czego. Anteny diabli wzięli, bo dwa elementy konstrukcyjne były powyginane a dwa inne skradziono z bagaży. Ot, arabska specjalność.
Na miejscu nie było praktycznie niczego – chłopaki zostali z transceiverami, które ochronili własną piersią, z zasilaniem, ale bez anten. Kompletnie załamani, bo w tym kraju nie da się kupić sprzętu amatorskiego ani żadnych akcesoriów. Przejazd promem i dojazd do miasta, by odebrać szybko podesłaną nową antenę, też nie wchodził w rachubę. Nie dało się wysłać paczki, bo w Jemenie podobno terroryści. Trzej inni koledzy patrzyli się na starego z tym wyrazem oczu, jaki ma buldog po przegranym wyścigu z chartami – no chciałem, ale nie wyszło...
Sytuacja nie była jednak beznadziejna – ojciec wyciągnął zwój kabla, wziął nóż i rozciął go na druciki, odmierzył odcinki trzonkiem od noża. Najpierw zrobił deltę na 20m, dołączył do FT817, podłączył klucz i … zaczęło się. Na ekspedycję najpierw rzucili się najlepsi telegrafiści z Europy i USA, z czego ojciec był bardzo zadowolony – praktycznie nie schodził poniżej 30WPM, wszystkich znał po imieniu, a tacy specjaliści radzą sobie nawet ze słabym sygnałem jeśli propagacja dopisze. Radość łatwych łączności się jednak skończyła i trzeba było zacząć ogarniać pile up – przeszedł na split i zaczynał wywoływać kontynentami, a potem po cyferkach w znaku. Pojawili się pasmowi policjanci i inne dziwne deiksowe kreatury, ale stary zaprawiony w bojach cierpliwie dopisywał do logu kolejne łączności. Godzinę później zmienił go kolega, a ojciec zabrał się za następne anteny. Późno w nocy wisiały już cztery, po jednej na każde pasmo. Po długiej walce z lokalnym generatorem udało się go odpalić, pozyskać energię i uruchomić wzmacniacz oraz drugi transceiver. Zamiast 5W, ekspedycja miała pół kilowata w antenie, mogła pracować na dwóch pasmach i było ich słychać, ale obaj operatorzy strasznie sobie przeszkadzali. Ojciec narzekał – co to za badziewie, to moja samoróbka jest lepsza od tego wynalazku!
W końcu przewiesił jedną z anten i łączności przybywało w ekspresowym tempie. Tymczasem w kraju siedzieliśmy w chatce razem z całym koleżeństwem i czekaliśmy. Ustawiliśmy szyk anten prosto na Jemen i wśród QRM oraz ekstremalnego wręcz pile upu udało się odebrać sygnał ekspedycji. Pomyślałem – nie da się dowołać, po prostu się nie da. Za pierwszym razem nawet nie zauważyli, że SP. Za drugim razem – nic. Nagle Ewka mówi – zobacz, ty nadajesz nie w tę antenę i wzmacniacz wyłączyłeś. No tak. Mogłem wołać do usr... śmierci.
Przełączyłem co trzeba, złapałem za klucz, nadałem znak, niestety niezbyt szybko, bo nie potrafię. Natychmiast odpowiedzieli:
SP5?
Nadaję jeszcze raz. Wtem otrzymałem odpowiedź, która przyniosła mi uśmiech:
SP5... 5NN BIG SIGNAL = DZIEKI SYNU U MNIE WSZYSTKO OK SWIETNE DX DAJEMY RADE NIEDLUGO WRACAM = 73 88 GL TU = QRZ?
To była najdłuższa wypowiedź na CW, jaką ta ekspedycja kiedykolwiek nadała.
Tydzień później okazało się, że właśnie ta transmisja przyniosła ekspedycji kłopoty. Bo to były na pewno jakieś szpiegowskie zaszyfrowane wiadomości. Pomógł dopiero bakszysz, ale to akurat mnie nie zdziwiło.

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.